sobota, 8 marca 2008

10

dzisiaj jest, jak wracanie do początku. e pali wiśniowe papierosy, pachnie słońcem, kłócimy się zupełnie bez sensu. oglądam swoje zdjęcia sprzed dwóch lat i tygodnia, i nie tęsknię, i bardzo czule myślę. teraz położę się obok e, tak blisko, żeby tamta dziewczyna mogła wtedy zasnąć.

wtorek, 4 marca 2008

09

rzeżucha, którą zamęczyłam kaloryferem, powoli się podnosi. tą, której się upiekło i przeżyła powolne uwędzanie, karmię e. zjada je, jak mały królik, mruży oczy, rusza nosem, powoli wciąga do środka. trochę mamy wiosnę, a trochę zimę, na pl. wolnica znowu pojawiła się kobieta ze straganem warzywno-owocowym, jak zwykle niemiła, jak zwykle mrucząca coś nie do końca jasnego.
męczy mnie pisanie, męczą mnie ludzie, dla których to robię. wkurwiamy się z e na zmianę, jedna uspakaja drugą i tak w kółko. mamy z tego pieniądze, mamy trochę zabawy, mamy w oczach koronkę z pękniętych żyłek. e pije za dużo kawy, potem żołądek zwija jej się w sprężynę i kołysze całym ciałem. teraz śpi schowana w domku z kołdry,
tylko pięć minut; oddycha tak lekko, że aż się tego boję.
dziwki z góry wyprawiają się do pracy, słyszę uderzanie wody o plastikowe ściany prysznica. rabin od miesiąca nie zgasił światła. cała ulica, cały budynek dzielą się na segmenty, na komórki, nagle słyszę wyraźnie końcówki i początki dnia. sen zbliża się do mnie, odpycham go, litera po literze. balon ziewania co chwile wypuszcza powietrze. o-pfffff.
za długo zastanawiam się nad zdaniami. oczekuję od siebie, że powiem coś, czego nie mówię nigdy.

poniedziałek, 3 marca 2008

08 / hey, luli lali [mtv unplugged]

znowu zapomniałam, że mam pisać, wracam, kiedy zmienia się kolejna pora roku. kalendarz już zawsze będzie się za mną ciągnął, pogoda, temperatura i zachmurzenie. dziś spędzam noc sama, e chwilowo w domu, wróci za osiem godzin, a tam powracający problem córki-lesbijki, która nie trafi do żywotów świętych. uspakajam ją mówieniem do telefonu, uspakajam małe roztrzęsione zwierzątko, za które mogłabym zmienić stan skupienia. swój, innych.
poza tym: praca, praca. piszemy tak dużo, że brakuje nam czasu, próbujemy robić oszczędności, ale pewnie się to nie uda. za dużo książek i baletek do kupienia, nie oszukujmy się. e urzeka mnie głową pochyloną nad książkami, podchodzę do niej bez powodu, pochylam się i wciągam zapach myśli.
mam nowych obcokrajowców, spotykam się z nimi o skandalicznie późnych godzinach i próbuję zamienić inteliżentnych w inteligentnych. studia stoją odłogiem, przekładam logikę coraz głębiej, na niższe półki. wizyta na gołębiej jest, jak wycieczka do egzotycznego kraju. ale to minie, egzotyczna wycieczka stanie się uciążliwą, tropikalną chorobą i zapadniemy na nią już wkrótce.
cholerna emma świszczy mi za oknem, soczewki przestały mnie cisnąć, więc zjadłam trzy daktyle. słodko. mamy miesiąc z mar, muszę zacząć robić znowu zdjęcia.

piątek, 26 października 2007

07

Żale, które są krótkie zapamiętuje się lepiej, niż te, które nosisz w sobie latami. To tak, jak ze słowami, które zapisujesz, kiedy wbijają ci się w mózg ostrym klinem, a nie radzisz sobie z tymi, które ćmią się treścią po głowie. Dziś mam złogi słów, które odkładają się pewnie między śledzioną a wątrobą, wyścielają jamy ciała, a czasem widać je przesuwające się w napięciu pod skórą, choć przecież ty zobaczysz tam ścięgna. Nie do końca wiem więc, co dla mnie znaczą; przybliżam się do nich, żeby za chwilę oddalić się i nie brać pod uwagę. Jak to się dzieje, że nie znajduję ani dla nich, ani dla siebie miejsca.

E choruje, zapada w lepki sen gorączkującego człowieka. Patrzę na jej blednącą skórę i półotwarte, spierzchnięte usta, chciałabym uwinąć ją kolejnym kocem, zatrzymać dreszcze. Ja cały czas jestem śpiąca, trę suche oczy, który pieką coraz bardziej i bardziej. Zajmujemy dwa pojedyncze materaca, które składamy w jedną wyspę. Półleżę, opieram się o zimną ścianę, która nie pozwala zasnąć.

Ojciec przywiózł rano gramofon, ale przy trzeciej piosence coś trzasnęło i chyba pękła sprężyna. Mamy kolejny sprzet, dla którego brakuje miejsca, ciągle brakuje rzeczy i miejsca. Ze zlewu wychodzą naczynia, pranie nie chce schnąć, bo kończy się listopad.

wtorek, 7 sierpnia 2007

06

stałam na balkonie i było czuć jesień. piszę to od czterech lat, ale w sierpniu przełamuje się lato, powie ci to każdy chłodny poranek i zimny wieczór. od wczoraj mam w sobie mikrosmutek i głód nikotynowy, zapalam dopiero teraz. piszę to od czterech lat, ostatnio zapominam, bo zwykle jestem szczęśliwa.

i znowu mieszkamy na trzecim. piąty wieczór tutaj, jeszcze tylko kilka kartonów do rozpakowania, nowe dźwięki, zapachy, droga do sklepu, który zapewnia mleko i płatki. oswajamy piec gazowy, który pluje pająkami wielkości piątaka. kazimierz uderza we mnie swoim ciepłym bitem, który od zawsze mam w głowie, e mówi, że kazimierz karmazynowy i ma rację. kiedy idziemny nocą św. wawrzyńca kostki brukowe dopasowuję się idelanie do miękkich podeszw letnich butów. trzymamy się za ręce zostawiając za sobą gazową, inny brzeg wisły z podgórzem. powietrze przepływa przeze mnie miarowymi strumieniami. chyba trochę śmiejemy się, trochę nie wierzymy, że tu mieszkamy, przyrosło do nas śródmieście, salwator.

wakacje rozmywają się, praca, szukanie, praca, szukanie, przeprowadzka. od jutra, obiecuję, codziennie godzina z hiszpańskim, senioritas

środa, 16 maja 2007

05

kiedy nie ma czasu, jestem uważniejsza, C pojawiają się nowe pieprzyki. w nocy śni mi się, że tamten dzień dobrze się skończy.

czwartek, 10 maja 2007

04

jednak będziemy tu mieszkać, myślę, i znowu ktoś wierci histerycznym wiertłem jakiś ścienny otwór. remont kamienicy nigdy się nie skończy, z ostatniego piętra będziemy słuchać postępów. budzimy się dziś prawie równocześnie, ja budzikiem, C sikaniem. gryzie mnie w łokieć, a ja udaję sen. pogoda zmienia się od rana, boli głowa, ale na szczęście mija. leżymy w łóżku do po dziewiątej, wychodzę po śniadanie, gazetę i dwie kremówki, które wcześniej nagle zjawiły się w głowie C. najbardziej lubię naszą dzielnicę rano, jesteśmy w niej, jak pięść do oka, pan w wypożyczalni trzęsie się, kiedy C pożycza film i nie ma do nas szczęścia, bo kiedy wczoraj przychodzimy obie leci program o homoseksualizmie.

dziecko z naprzeciwka zamontowało na balkonie wiatraczek, który kręci się, kiedy nie wieje, a stoi, kiedy wiatr. oh, jestem czystą analogią. w zlewie sterta, na stole sterta, kursuję między kuchnią a książkami, trzeba czytać, trzeba pisać, trzeba zmywać. przed trzecią, kończę przekrój, naprawiam internet, idę myć głowę. myślę o tym, że tamto pisanie było jak mięso bez kości, a teraz nawet mięsa nie ma, bo go nie jemy.