piątek, 26 października 2007

07

Żale, które są krótkie zapamiętuje się lepiej, niż te, które nosisz w sobie latami. To tak, jak ze słowami, które zapisujesz, kiedy wbijają ci się w mózg ostrym klinem, a nie radzisz sobie z tymi, które ćmią się treścią po głowie. Dziś mam złogi słów, które odkładają się pewnie między śledzioną a wątrobą, wyścielają jamy ciała, a czasem widać je przesuwające się w napięciu pod skórą, choć przecież ty zobaczysz tam ścięgna. Nie do końca wiem więc, co dla mnie znaczą; przybliżam się do nich, żeby za chwilę oddalić się i nie brać pod uwagę. Jak to się dzieje, że nie znajduję ani dla nich, ani dla siebie miejsca.

E choruje, zapada w lepki sen gorączkującego człowieka. Patrzę na jej blednącą skórę i półotwarte, spierzchnięte usta, chciałabym uwinąć ją kolejnym kocem, zatrzymać dreszcze. Ja cały czas jestem śpiąca, trę suche oczy, który pieką coraz bardziej i bardziej. Zajmujemy dwa pojedyncze materaca, które składamy w jedną wyspę. Półleżę, opieram się o zimną ścianę, która nie pozwala zasnąć.

Ojciec przywiózł rano gramofon, ale przy trzeciej piosence coś trzasnęło i chyba pękła sprężyna. Mamy kolejny sprzet, dla którego brakuje miejsca, ciągle brakuje rzeczy i miejsca. Ze zlewu wychodzą naczynia, pranie nie chce schnąć, bo kończy się listopad.

wtorek, 7 sierpnia 2007

06

stałam na balkonie i było czuć jesień. piszę to od czterech lat, ale w sierpniu przełamuje się lato, powie ci to każdy chłodny poranek i zimny wieczór. od wczoraj mam w sobie mikrosmutek i głód nikotynowy, zapalam dopiero teraz. piszę to od czterech lat, ostatnio zapominam, bo zwykle jestem szczęśliwa.

i znowu mieszkamy na trzecim. piąty wieczór tutaj, jeszcze tylko kilka kartonów do rozpakowania, nowe dźwięki, zapachy, droga do sklepu, który zapewnia mleko i płatki. oswajamy piec gazowy, który pluje pająkami wielkości piątaka. kazimierz uderza we mnie swoim ciepłym bitem, który od zawsze mam w głowie, e mówi, że kazimierz karmazynowy i ma rację. kiedy idziemny nocą św. wawrzyńca kostki brukowe dopasowuję się idelanie do miękkich podeszw letnich butów. trzymamy się za ręce zostawiając za sobą gazową, inny brzeg wisły z podgórzem. powietrze przepływa przeze mnie miarowymi strumieniami. chyba trochę śmiejemy się, trochę nie wierzymy, że tu mieszkamy, przyrosło do nas śródmieście, salwator.

wakacje rozmywają się, praca, szukanie, praca, szukanie, przeprowadzka. od jutra, obiecuję, codziennie godzina z hiszpańskim, senioritas

środa, 16 maja 2007

05

kiedy nie ma czasu, jestem uważniejsza, C pojawiają się nowe pieprzyki. w nocy śni mi się, że tamten dzień dobrze się skończy.

czwartek, 10 maja 2007

04

jednak będziemy tu mieszkać, myślę, i znowu ktoś wierci histerycznym wiertłem jakiś ścienny otwór. remont kamienicy nigdy się nie skończy, z ostatniego piętra będziemy słuchać postępów. budzimy się dziś prawie równocześnie, ja budzikiem, C sikaniem. gryzie mnie w łokieć, a ja udaję sen. pogoda zmienia się od rana, boli głowa, ale na szczęście mija. leżymy w łóżku do po dziewiątej, wychodzę po śniadanie, gazetę i dwie kremówki, które wcześniej nagle zjawiły się w głowie C. najbardziej lubię naszą dzielnicę rano, jesteśmy w niej, jak pięść do oka, pan w wypożyczalni trzęsie się, kiedy C pożycza film i nie ma do nas szczęścia, bo kiedy wczoraj przychodzimy obie leci program o homoseksualizmie.

dziecko z naprzeciwka zamontowało na balkonie wiatraczek, który kręci się, kiedy nie wieje, a stoi, kiedy wiatr. oh, jestem czystą analogią. w zlewie sterta, na stole sterta, kursuję między kuchnią a książkami, trzeba czytać, trzeba pisać, trzeba zmywać. przed trzecią, kończę przekrój, naprawiam internet, idę myć głowę. myślę o tym, że tamto pisanie było jak mięso bez kości, a teraz nawet mięsa nie ma, bo go nie jemy.

poniedziałek, 23 kwietnia 2007

03

sesja, licencjat robią z nami swoje. C czyta wczoraj tatarkiewicza, a potem zajada go serem wędzonym gouda, bo nie można by tego studiować. ja poprawiam pracę, która ma moje złe zaimki, wychodzę z niej, a przecież nie powinnam. niedziele najczęściej są dziwne, już nie wolne, jeszcze nie zajęte. przesuwamy się od rana do wieczora, bardziej zmęczone tym, niż czytaniem, pisaniem, literami. dwa razy wychodzimy na zakupy, dwa razy po córkę botanika, która okazuje się beznadziejna i nawet nas nie usypia, tylko frustruje. mycie, ostatnia zielona herbata na dobranoc; kochamy się w nowej pościeli, znowu krzyczę za głośno, kiedy C wślizguje się we mnie językiem. na koniec leżymy na sobie, prawie w sobie, ciepłe, parujące.

dzisiaj budzę się ze ścierpniętą kostką, która odzywa się nowym bólem dopiero koło południa. zbieramy się na wykład, na który nie zdążamy. kserujemy, sikamy w instytutowym kiblu. w spokoju kawa, sok grejpfrutowy, kostki lodu w dziwnym kształcie, którego wciąż nie rozumiem i kobieta, która ma taką samą sukienkę, jak ja. światło zmienia się ze trzy razy, temperatura też. C markotna i zła, nie wiem sama, jak jej pomóc więc wypycham na kawę z A. siedzę sama i stopy marzną mi od podłogi, patrzę na rozbite lustro i wcale nie chcę siedmiu lat nieszczęścia.

piątek, 13 kwietnia 2007

02

rano jemy śniadanie, po które idę pierwszy raz w tym roku z gołymi nogami, pomidory już po trzynaście. pył z remontowanych w kamienicy mieszkań unosi się przez całą klatkę i jedyny raz w ciągu dnia nie wygląda, jak zwykle; schodzę w dół, jak między bawełniany pył. słońce prześwieca mi oczy i wychodzi kręgosłupem, mam takie mocne ciało, które posłusznie przepuszcza światło. wczoraj paliłyśmy zioło, ale to przecież nie to. rano, wczesnym przedpołudniem. jemy śniadanie, pijemy kawę, dzień z rolling stones w radio, ale najbardziej nam się podoba, jak leci lucy in the sky with diamonds. mówimy do siebie trochę ponad laptopami, czytamy i piszemy. potem przerwa, przytulam się do C na łóżku, wącham jej włosy i skórę między piersiami, pachnie słodkim mlekiem i resztką waniliowego papierosa, trochę nocą, bo nie brała jeszcze prysznica. kręcimy aparatem głupi filmik z nieistniejącymi głosami. odwracam obiektyw, jesteśmy w środku, jesteśmy na zewnątrz.

czwartek, 12 kwietnia 2007

01

i będzie 02.