sesja, licencjat robią z nami swoje. C czyta wczoraj tatarkiewicza, a potem zajada go serem wędzonym gouda, bo nie można by tego studiować. ja poprawiam pracę, która ma moje złe zaimki, wychodzę z niej, a przecież nie powinnam. niedziele najczęściej są dziwne, już nie wolne, jeszcze nie zajęte. przesuwamy się od rana do wieczora, bardziej zmęczone tym, niż czytaniem, pisaniem, literami. dwa razy wychodzimy na zakupy, dwa razy po córkę botanika, która okazuje się beznadziejna i nawet nas nie usypia, tylko frustruje. mycie, ostatnia zielona herbata na dobranoc; kochamy się w nowej pościeli, znowu krzyczę za głośno, kiedy C wślizguje się we mnie językiem. na koniec leżymy na sobie, prawie w sobie, ciepłe, parujące.
dzisiaj budzę się ze ścierpniętą kostką, która odzywa się nowym bólem dopiero koło południa. zbieramy się na wykład, na który nie zdążamy. kserujemy, sikamy w instytutowym kiblu. w spokoju kawa, sok grejpfrutowy, kostki lodu w dziwnym kształcie, którego wciąż nie rozumiem i kobieta, która ma taką samą sukienkę, jak ja. światło zmienia się ze trzy razy, temperatura też. C markotna i zła, nie wiem sama, jak jej pomóc więc wypycham na kawę z A. siedzę sama i stopy marzną mi od podłogi, patrzę na rozbite lustro i wcale nie chcę siedmiu lat nieszczęścia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz