piątek, 26 października 2007

07

Żale, które są krótkie zapamiętuje się lepiej, niż te, które nosisz w sobie latami. To tak, jak ze słowami, które zapisujesz, kiedy wbijają ci się w mózg ostrym klinem, a nie radzisz sobie z tymi, które ćmią się treścią po głowie. Dziś mam złogi słów, które odkładają się pewnie między śledzioną a wątrobą, wyścielają jamy ciała, a czasem widać je przesuwające się w napięciu pod skórą, choć przecież ty zobaczysz tam ścięgna. Nie do końca wiem więc, co dla mnie znaczą; przybliżam się do nich, żeby za chwilę oddalić się i nie brać pod uwagę. Jak to się dzieje, że nie znajduję ani dla nich, ani dla siebie miejsca.

E choruje, zapada w lepki sen gorączkującego człowieka. Patrzę na jej blednącą skórę i półotwarte, spierzchnięte usta, chciałabym uwinąć ją kolejnym kocem, zatrzymać dreszcze. Ja cały czas jestem śpiąca, trę suche oczy, który pieką coraz bardziej i bardziej. Zajmujemy dwa pojedyncze materaca, które składamy w jedną wyspę. Półleżę, opieram się o zimną ścianę, która nie pozwala zasnąć.

Ojciec przywiózł rano gramofon, ale przy trzeciej piosence coś trzasnęło i chyba pękła sprężyna. Mamy kolejny sprzet, dla którego brakuje miejsca, ciągle brakuje rzeczy i miejsca. Ze zlewu wychodzą naczynia, pranie nie chce schnąć, bo kończy się listopad.